A, i jeszcze dodam - wszystkie etykiety są wykonane z ciekawego, odblaskowego papieru, co daje fajny efekt.
I jeszcze dodam - w chwili, gdy czytacie te słowa, jestem w drodze właśnie do... Serbii :) Lub już na miejscu.
EDIT: ZNIKNĘŁY ZDJĘCIA :(
Prosto ze słonecznej
Australii, gdzie każde zwierzę chce człowieka zabić, mieszkający
tam rodowity Knurowianin przysłał mi 3 piwa z lokalnych browarów.
Są to Fat Yak z Matilda Bay, The Chancer Golden Ale z browaru James Squire i Little Creatures - Pale ale. Nic Wam to nie mówi? Spokojnie, mi
też! Co ciekawe, butelki mają nietypową
dla nas pojemność 0,345 l. Według informacji kolegi (dzięki
Kfahu!) piwa te można powszechnie kupić w Sydney, ale w sklepie;
lane crafty czy piwa z mniejszych browarów można dostać jedynie w
„hipsterskich” pubach. Ceny są na pewno wyższe niż u nas, ale
nie jest to raczej zaskoczeniem; lany lokalny koncerniak (niemalże
wyłącznie lagery) to wydatek ok. 5 dolarów, te z Europy to wydatek
zwykle 50 australijskich centów więcej, natomiast ceny ciekawszych
piw to już powyżej 7 dolarów. Trzeba jednak uwzględnić przy tym
to, że we właściwie każdym lokalu funkcjonują happy hours i
rozmaite promocje obniżające cenę piwa, a i zarobki mają dużo
wyższe... Ale nieważne. Przejdźmy do piwa!

Drugie, w dodatku z rzędu, oceniane przeze mnie piwo wędzone, i znowu motyw odzwierzęcy. Tym razem jednak niezwiązany z nazwą piwnego gatunku. Tomasz Kopyra piwa uwarzone według własnej receptury nazywa właśnie od zwierząt – tak więc mieliśmy już m.in. Kruka czy Sharka, tym razem z kolei przyszedł czas na Nosorożca, a konkretniej piwo o nazwie „Rhino”. Sam autor lubi chwalić się, że jako pierwszy w Polsce uwarzył piwo konkretnego gatunku, czy raczej podgatunku. Tym razem wybór padł na smoked american pale ale, czyli wędzone (lub dymione) jasne piwo górnej fermentacji, chmielone amerykańskimi chmielami. Tutaj muszę przyznać, że nie jest to tylko pierwsze polskie piwo w tym stylu, które mam okazję pić – jest to także pierwsze piwo tego typu w ogóle, z którym mam do czynienia. Jakoś wcześniej nie zetknąłem się z tym stylem… Czy warto było poszerzyć piwne horyzonty?
Po wczorajszym niemiłym zaskoczeniu związanym z Corneliusem Pszenicznym postanowiłem po dłuższej przerwie wrócić do kolejnego piwa, którego dawno nie miałem okazji pić. Tym razem jednak przerwa nie była tak długa – Zawiercia Bursztynowego nie piłem ledwie od jakichś trzech miesięcy. Podobnie jak pszeniczny Cornelius, tak i Zawiercie Bursztynowe miałem w pamięci jako piwo smaczne i solidne, a w swoim przedziale cenowym – jedno z lepszych. Oczywiście zdarzały się warki gorsze, jak i takie, które skłaniały mnie do porzucenia innych piw – raz trafiłem na całą serię, która smakowała niemalże jak Atak Chmielu w jego najlepszych odsłonach (no, troszkę przesadzam, ale było naprawdę wyśmienite), innym razem trafiałem na egzemplarze, które w smaku przywoływały na myśl kompot ze spirytusem. Jednak przez dłuższy czas piwo trzymało równy, wysoki poziom. Czy tak jest dalej?