
Pewnie niejeden (niejedna) z nas będąc w okolicznym super lub hipermarkecie widział(a) to piwo. Bombardier (premium bitter, chociaż widziałem też porter) pojawił się na półkach polskich sklepów – o ile mnie pamięć nie myli – jeszcze kiedy przeciętnemu polskiemu piwoszowi słowo „bitter” mogło kojarzyć się co najwyżej z nazwą egzotycznej choroby, a „ale” nie było niczym więcej, niż spójnikiem (albo węgorzami po Śląsku). Mimo to niestrudzenie markety sprowadzały do siebie to piwo (często wespół z innymi piwami z browaru Wells, a potem Wells and Young’s), a ja z chęcią kupowałem je, kiedy z powodu braku nabywców i zbliżającej się daty ważności przeceniano je o połowę. Dziś wydanie blisko 10 zł na jedno piwo nie jawi mi się już niczym niezwykłym, więc przyszedł czas na recenzję Bombardiera.