Najpierw cię ignorują. Potem śmieją się z ciebie. Później z tobą walczą. Następnie wygrywasz.Ten cytat z Gandhiego, używany u nas zwykle przez osoby walczące w beznadziejnej sprawie bez szans na powodzenie (więc z opuszczeniem ostatniego stadium), po małym liftingu i naciągnięciu można zastosować do opisania dzisiejszego piwnego rynku w Polsce, czyli kroczącej tzw. piwnej rewolucji. Nie będę tutaj się zagłębiał w początki tego, co ma szansę wywrócić polski rynek piwa do góry nogami (czy tak się stanie – to już kwestia na osobną dyskusję); dla jednych będzie to Pinta ze swoim Atakiem Chmielu, inni stwierdzą, że wcześniej przecież Fortuna, Ciechan czy Smocza Głowa próbowały przekonać Polaków do czegoś innego, niż jasne pełne. Niektórzy powiedzą, że to popularyzacja piwowarstwa domowego albo masowe wyjazdy Polaków za granicę otworzyły konsumenta na inne smaki. Inni zaoponują, że co to za rewolucja, skoro nie można napić się „pilsa za 3 zł”, a poza garstką piwnych entuzjastów jednak większość osób dalej katuje lechotyskożubry.
